- No proszę, proszę. Kogo my tu mamy. Czy to nie czasem
laska trenera? – powiedział zadziornie. Szczerze to nie wiedziałam, co
odpowiedzieć, więc postanowiłam nic nie mówić. On oczywiście ciągnął dalej.
- No nie wiem, czy twój kochaś będzie zadowolony, jak mu
powiem, że się sama włóczysz wieczorem po sali i na dodatek mnie podglądasz.
- Po pierwsze, to mam ciekawsze zajęcia od patrzenia na
ciebie, jak kaleczysz ten sport. A po drugie, to mój wujek, więc daruj sobie te
dogryzki. – powiedziałam ostro.
- Nie no naprawdę.
Nie domyśliłem się. – czułam jak te słowa przeciekają sarkazmem. – A co do
sportu… to ty akurat masz najmniej do gadania. To że jesteś w drużynie, bo twój
wujaszek jest trenerem nie oznacza, że potrafisz grać. A zresztą, o czym my
mówimy. Jestem pewny, że nawet nie potrafisz porządnie kozłować piłki. – dodał
kpiąco. Czułam jak mi się krew gotuje. Tego już było za dużo! Wiedziałam, że
chce mnie sprowokować. I udało mu się.
- I kto to mówi. Widziałam jak grasz i szczerze tego żałuje.
Nawet nie wiesz co oznacza słowo „podanie” lub „asysta”. A o dryblowaniu piłką
już nie wspominam.
- Skoro sadzisz, że nie potrafię grać, to się zmierzmy.
Wtedy się okaże, kto tak na prawdę jest lepszy. – można było wyczuć jego
pewność siebie na kilometr. Jednak wiedziałam, że dawno nie grałam, więc sama
nie wiedziałam, czy przyjąć wyzwanie.
- Ha ha. Chyba ktoś tu nie jest już taki pewny siebie.
Wiedziałem, że jesteś dobra tylko w gadaniu.
- Nie. Po prostu zastanawiam się, czy będę miała jakieś
korzyści jak cię pokonam. – szybko zripostowałam.
- To zależy jakie masz na myśli. – powiedział nico ciszej
podchodząc do mnie.
- Na pewno nie te co ty. – odpowiedziałam sflustrowana, po
czym się odsunęłam.
- Już nie udawaj takiej niedostępnej…. To jak? Zakładamy
się?
- Nie wiem czemu, ale jakoś mi się ode chciało…
- Tak. Po prostu nie umiesz w trafić do kosza i tyle.-
zaśmiał się.
- Dobra. Ale jeśli wygram to się odczepisz ode mnie.
- Czyli co?
- No nie będziesz do mnie mówił, zaczepiał i takie tam. –
wyjaśniłam.
- Nooo…ok. Ale jeśli ja wygram to… przez miesiąc będziesz
robiła, to co będę chciał. – uśmiechnął się znacząco.
- Chyba w twoich snach.
- To samo mogę ja powiedzieć o twoim żądaniu… No to umówmy
się, że jak ja wygram to tylko przez jeden dzień będziesz spełniała moje
zachcianki, a jak ty, to na przykład przez…tydzień będę ciebie „ignorował”.
- Yhh. No dobra. To co robimy? Może rzuty za trzy?
- Dziesięć na
dziesięć? Ok.
- Ej.. Ale najpierw musze się rozgrzać. No wiesz…ty byłeś
już wcześniej na sali. – wyjaśniłam.
- No dobrze. Tylko
się streszczaj. Nie mam całej nocy. –
dodał teatralnie patrząc na zegarek na nadgarstku.
- Boże czemu? Powiedz czemu? – pytałam sama siebie w
myślach. Chris rzucił mi piłkę, po czym ruszył na trybuny, z których śledził
każdy mój ruch. Czułam, jak jego wzrok błądzi po mim ciele, zatrzymując się
dłużej na pupie i piersiach. Co za cham. Wolałam jednak nie zwracać na to
uwagi. Próbowałam skupić się na piłce. – Boże jak ja dawno nie miałam jej w
ręku. – pomyślałam. Stopniowo przyspieszałam dryblowanie. Na szczęście nie
zapomniałam wszystkiego. W końcu przyszedł czas na mój pierwszy rzut od około
pięciu lat. Niestety piłka odbiła się od tablicy. Chris nie ułatwił mi zadanie,
gdyż ani przez moment nie spuszczał ze mnie oczu. Gdy rzuciłam jeszcze z sześć
nie udanych prób w końcu w trafiłam. Udało mi się jeszcze kolejne osiem razy.
Widziałam, jak badboy’owi rzędnie mina. Dzięki temu czułam się pewniej. Chyba już byłam gotowa.
Ku mojemu zdziwieniu nie byłam taka zła, jak myślałam. Właściwie to nic się nie
zmieniło. O tyle tylko, że byłam wyższa niż pięć lat temu. Spojrzałam znacząco
na Chrisa, który śledził zdumiony, jak kolejna piłka wpada bez szelestnie do
kosza. Pewnym krokiem zszedł z trybun i podszedł do mnie na niebezpiecznie
bliską odległość.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz